Przy lampkach o knotach chwiejących się, nie dających światła, krawcy, przekupnie, kucharze, siedzą w kuckach, prawie nadzy, z oczami błyszczącymi światłem bez promieni, właściwym źrenicom wężów. Głowy ich inteligentne, kończyny wątłe, ciało żółto brunatne. Nie przestają cmokać swoich ciemnych fajek, w których tytoń indyjski, przesiąknięty roztopionym cukrem i wodą różaną, rozlewa nieokreśloną woń, co zamiast podniecać, jak zapach bazarów arabskich, usypia i upaja...
To zapach Indii i zapach mojej kolejnej podróży odbywanej inaczej. Inaczej - nie znaczy źle.
Nigdy nie przypuszczałam, że jakiś szalony wirus przywiąże ludzi do miejsca. Nie chcę czuć się jak motyl miotający się w sieci. Można uwięzić ciało, ale nie można uwięzić duszy. Uciekam więc...
Odkąd dorosłam, nigdy moja cielesna powłoka nie była skazana na bycie w tym samym punkcie świata tak długo, ale i nigdy nie pokonywała olbrzymich odległości w tempie, w jakim może się przemieszczać tylko wyobraźnia. To dzięki niej zamknięcie nie boli ani trochę. Ciekawość pogania.
Pomyślałam: Indie. I jestem. Zapalam dymiące kadzidełka. Różany aromat miesza się z jakimś innym, ale nie przestaje dominować.
W świątyni bogini Kali tłumy ludzi.