czwartek, 21 stycznia 2021

Bo dziś cały świat jest wielką maskaradą

 
 Wirus z koroną w nazwie króluje, słowo "karnawał" zepchnął do kąta, ale to wcale nie znaczy, że nie można postawić w kącie myśli o wirusie i wszystkich fatalnych konsekwencjach jego panoszenia się. W zasięgu ręki są atrybuty karnawału: szampański humor, muzyka, taniec... Trzeba tylko zaopatrzyć się w odrobinę chęci, żeby po nie sięgnąć.
 Odświeżam czasem w pamięci czas bali i maskarad z minionych wieków. Zajrzałam dziś do mojego prywatnego archiwum i przeniosłam się do XIX stulecia. Obok informacji, porad i ploteczek nie brakuje satyry, bez litości szydzącej z ludzkich przywar.
 
Rok 1878. O maskaradzie - anonimowy autor nazywający siebie pseudonimem Adam A. Smyk

Hej, na wielką zabawę
Spieszcie ludzie, co żywo,
Żeby zyskać cześć, sławę,
Albo sute grosiwo!
Los nagrodzi was łaską,
Znikną życia gorycze,
Tylko każdy za maską
Niechaj skryje oblicze.
Wygra - wierzcie poecie -
Kto za moją szedł radą,
Bo dziś cały świat przecie
Jest wielką maskaradą.
 
 
Kto czelniejszy, ten zyska,
Choćby w gruncie był szują,
Bo poczciwi ludziska
Kota w worku kupują.
Dla nich złotem - co świeci,
Innej nie zna nikt miary,
I na plewy poleci
Każdy wróbel, choć stary,
Więc niech fałszom, obłudzie
Maska prawdy kształt nada,
A zachwycą się ludzie,
Bo świat - to maskarada.
 

 
Pomimo wszystko, życzę Państwu
co najmniej kilku chwil
w optymistycznym, karnawałowym nastroju.
😊

środa, 20 stycznia 2021

O Niedopowiedzeniu, siostrze Sugestii i milionerze bez grosza


 Niedopowiedzenie to narzędzie, które niektórzy zawsze mają w zanadrzu, niekoniecznie łatwo zauważalne, ma niebywałą siłę. Sprytnie zastosowane odwraca uwagę i czapką niewidką przykrywa stojące z boku fakty. Niedopowiedzenie ma siostrę Sugestię. Ich ulubioną zabawą jest wyrywanie fragmentów... nagle stają się całością i zaczynają żyć własnym życiem.
 Nie jestem fanką tej pary, ale czasem z zainteresowaniem i zadziwieniem obserwuję efekty jej działania, chyba jak każdemu, zdarzyło mi się też być ofiarą.
 Podstępne rodzeństwo stało się natchnieniem dla Marka Twain'a, którego bardzo cenię za umiejętność obserwacji i humor. Pisarz napisał krótkie opowiadanie, całkowicie wymyślone, początek wydaje się mało prawdopodobny, ale to, co dalej... kolejne, pokazane reakcje różnych osób zdarzają się w prawdziwym życiu.
 Historia zaczyna się niewinnie.
Milioner bez grosza
 Henry Adams, 27-letni urzędnik miał powody do zadowolenia. Cieszył się sympatią i świetnie sobie radził. Miał pracę i szanse na awans w kopalni złota w San Francisco. Wydawało się, że nic mu nie zakłóci rytmu życia.
 W sobotnie popołudnia oddawał się swojej pasji - żeglowaniu. Wypuścił się któregoś pięknego dnia na dalszą wycieczkę. Przeciwny wiatr wypędził go na pełne morze, a fale nie najlepiej potraktowały łódź. O zmroku, kiedy stracił już nadzieję na ocalenie, wyratował go okręt płynący do Londynu. Kierunek nie był odpowiedni dla rozbitka, no ale cóż... Szczęśliwy, że żyje, odpracowywał swoją podróż spełniając obowiązki prostego majtka.
 Na ląd wyszedł w mocno sfatygowanym ubraniu, z jednym dolarem w kieszeni. Po pierwszej dobie w Londynie został bez grosza i bez dachu nad głową. Około 10. następnego ranka, głodny i niewyspany wlókł się wzdłuż Portland Place.
 Przeszła koło niego niania z dzieckiem, które rzuciło do rynsztoka nadgryzioną gruszkę. Przystanął, z tęsknotą spoglądając na ten skarb. Ślinka napłynęła do ust, żołądek o nią prosił... całe jestestwo dopominało się: - Weź! Już, już miał się schylić i nagle, udając obojętność, prostował się na widok przypadkowych przechodniów; miał wrażenie, że każdy odgadywał jego zamiar. Doprowadzony do rozpaczy, gdy już był zdecydowany podnieść gruszkę, z okna nad sobą usłyszał męski głos:
 - Proszę tu wejść na chwilę.
 Drzwi otworzył wystrojony lokal i wprowadził go do wspaniałego pokoju, w którym siedziało dwóch niemłodych panów, jak się później okazało byli to bracia.
 Zanim pojawił się gość dyskutowali zażarcie. Przedmiotem rozmowy był banknot na milion funtów, jedyny na taką kwotę. Jeden z nich twierdził, że gdyby miał go w ręku uczciwy i inteligenty człowiek, nieposiadający gotówki, umarłby z głodu (nie będąc jego właścicielem i nie mogąc go rozmienić). Drugi miał pewność, że ów człowiek utrzyma się przez miesiąc, nie trafi do więzienia, a banknot pozostanie "nietknięty". Spór zakończył się zakładem o 20000 funtów. Rację jednej lub drugiej strony miał potwierdzić eksperyment. Pozostało tylko znaleźć odpowiedniego kandydata: biednego, uczciwego, inteligentnego.
 Panowie przyglądali się przechodniom i jednogłośnie wybrali Amerykanina pochłoniętego myślami o skarbie w rynsztoku. Zadawszy kilka pytań wręczyli mu kopertę zawierającą wytłumaczenie (powód zaproszenia), zastrzegli tylko, że ma być otwarta po wyjściu z ich domu.
 Gość pożegnał się grzecznie, choć czuł się dotknięty. Stracił czas przez dziwną wizytę, a gruszki - obiektu pożądania - nie było już na ulicy. Po kilku krokach rozerwał nerwowo kopertę i uśmiechnął się do banknotu obok listu. Nie zawracał sobie głowy szczegółami, wpadł do pierwszej napotkanej restauracji. W końcu mógł coś zjeść!
 Dopiero jak skończył, wysunął zawartość koperty i omal nie zemdlał.
 - Milion funtów!!! To pięć milionów dolarów! - myślał i poczuł zawrót głowy. 
 Przez kilka minut siedział osłupiały, dopiero jak doszedł do siebie zauważył, że właściciel restauracji z czcią i nabożeństwem wlepia wzrok w banknot; sparaliżowany tym widokiem nie był w stanie ruszyć ani ręką, ani nogą.
 
 
 Amerykanin od niechcenia podsunął mu swój milion i rzekł niedbale:
 - Proszę mi wydać resztę.
 Te słowa przywróciły go do normalnego stanu. Przepraszał tysiąckrotnie, że nie ma tyle pieniędzy.
 - Przykro mi bardzo, je­śli narażam pana na trud, ale muszę obstawać przy swoim, nie mam przy sobie drobnych.
 - Ależ to nic nie szkodzi, ja chętnie poczekam na zapłatę. Ja natychmiast otwieram panu kredyt, na tak długo jak pan zechce. Ja nie obawiam się bynajmniej zaufać bogatemu człowiekowi, który lubi sobie stroić żarty z publiczności, przebierając się za nędzarza.
 Restaurator odprowadził gościa do drzwi, nisko się kłaniając.
 Amerykanin odetchnął z ulgą i prawie biegiem ruszył w kierunku domu swoich dobroczyńców. Chciał zwrócić banknot, przekonany, że do koperty trafił on przez pomyłkę. Drzwi otworzył ten sam lokaj oznajmiając, że nikogo nie ma i nie będzie przez miesiąc.
 - Oni mi mówili, że pan tu przyjdziesz za godzinę i że będziesz o nich pytać - dodał. - Kazali mi powiedzieć, że wszystko w porządku i oczekiwać pana będą we właściwym czasie.
 Dopiero teraz zakłopotany milioner bez grosza przypomniał sobie o liście. Szybko wyjął go z kieszeni i odczytał.
Jest pan inteligentnym i uczciwym człowiekiem, widać to z pańskiej twarzy. Przypuszczamy też, że musi pan być obcym tutaj i ubogim. W liście tym znajdzie pan pieniądze. Pożyczam je panu bez procentu na dni trzydzieści. Po upływie tego czasu masz pan stawić się w naszym domu. Założyłem się o pewną rzecz, dotyczącą pana. Jeśli wygram, dostanie pan u nas miejsce, jakie tylko zechce, choćby najlepsze, bylebyś potrafił wypełniać obowiązki na wybranym stanowisku.
 - To ci dopiero zagadka - pomyślał Henry Adams i przysiadł na ławce w parku. - Może ci ludzie są mi życzliwi? A może nie? Co to za zakład? Jeśli oddam banknot do banku, spytają jakim sposobem trafił do moich rąk, a jak im powiem prawdę, zamkną mnie w domu wariatów, a jak skłamię, dostanę się do więzienia. Dopóki nie wrócą właściciele muszę go niańczyć... Tyle mi po nim co po garści popiołu... Jedyna nadzieja, że pomogę jakimś cudem wygrać zakład i dostanę obiecane miejsce...
 W trochę lepszym nastroju wyruszył Henry na przechadzkę po londyńskich ulicach. Przechodząc koło krawca poczuł  ogromną tęsknotę do przyzwoitego ubrania. "- Czy mogę je sobie sprawić? Mam tylko milion funtów." Poszedł dalej, ale pokusa była silniejsza, wrócił i uległ jej.
 Spytał sprzedawcę czy nie mają jakiegoś garnituru ze zwrotu. Subiekci porozumiewawczym kiwnięciem głowy przekazywali sobie kłopotliwego klienta, aż znalazł się w małym, ciemnym pokoiku. Ze stosu ubrań zaproponowano mu najgorsze. Ani ładne, ani modne, ani dopasowane, ale nowe i czyste. Nie grymasił więc, tylko nieśmiało zapytał:
 - Jeśli to panu nie sprawi różnicy, to prosiłbym o kilka dni kredytu, bo nie mam przy sobie drobnych...

sobota, 9 stycznia 2021

Bałwan winien, więc na niego!

 I znowu odezwała się jędza polityka... Z niedowierzaniem patrzę na świat. Historia wykreśliła z listy zasad wyciąganie wniosków. Bez przeszkód kołem się toczy.
 
Cnoty świecą jaśniej w cieniu skromności.
 Nie wie o tym narcyz Trump, niebezpieczny na fotelu przywódcy mocarstwa. Kilka dni temu krzyczał: - Jestem najlepszym prezydentem w historii! (dlaczego sam musi to ogłaszać?)
 - Kto ty człowieku jesteś, który nadto ufasz twojej mądrości? Czemu się chełpisz z niewielu twoich przymiotów? - można by go zapytać słowami starego bramina, którego myśli spisano około 1770 roku. Przeczytałam te osiemnastowieczne zapiski i współczesnym językiem, ku pamięci, zapisałam sobie też inne słowa-ostrzeżenie tego samego bramina:
 Uważaj na człowieka co obraca swoje oczy na wszystkie strony, przechadza się tylko po to, żeby był widziany i szuka bez ustanku, żeby go uważano. Wznosi swoją głowę do góry. Pogardza zdaniami drugich. Nadęty próżnym i fałszywym wyobrażeniem o sobie, które uroił sobie o sobie samym, ma za największą rozkosz słyszeć, że o nim mówią i cały dzień gada o sobie. Połyka chciwie swoje własne pochwały. Zuchwały jest względem niższych od siebie, gdy tymczasem wyżsi nadeń, naśmiewają się z jego pychy i głupoty.
 Niestety,  mam wrażenie, że mniejszość eliminuje ze swojego otoczenia pychę i głupotę.
 - Ja wiem, ja ostrzegałem, ja przewidziałem! kretyni! dają się nabrać! - zwykle krzyczy narcyz i od czasu do czasu łechce ludzką próżność, rzuca słuchaczowi jakiś komplemencik, który obelgi czyni mniej odrażającymi w odbiorze. Narcyz wie, że bez słuchaczy nie zaistnieje.  Brak reakcji na arogancję i tupet niejednemu narcyzowi pozwoliły się wznieść wysoko i przy okazji skłócić, pogłębić podziały. Trump najlepszym przykładem.
 Zawsze budził moją antypatię (są tacy ludzie, którzy odpychają od pierwszego wejrzenia i choćby nie wiem jak się starali, trudno się do nich przekonać; do takich go zaliczam). Na szczęście Trump odchodzi, choć przerażające jest to, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Trumpizm/populizm pozostanie i zabrakło mi wiary w to, że szybko się skurczy.
 Zadziwia mnie jak rozkwitł i jak niewyszukany staje się poziom manipulacji. Owijanie w bawełnę kłamstw staje się zbędne. Szukanie argumentów niekoniecznie jest potrzebne, bo sprawdza się rzucanie obelgami. Ten środek zastępczy sprawdza się po obu stronach murów zbudowanych przez trumpopodobnych i to nie najlepiej wróży.
 Rozsądek czmychnął do mysiej norki. I (poza politykami) mam na myśli niemałą liczbę "szarych" ludzi, którzy szczerze opowiadają się za połataniem rozdartego świata. W toczących się między nimi dyskusjach najczęściej przekonani przekonują przekonanych. Nierzadko ci po drugiej stronie to bałwany (delikatniejsza obelga), idioci i inne stworzenia pozbawione umysłu.
 Jestem po stronie tych, którzy kłamstwo i populizm uważają za zło. Mam świadomość, że niektórzy wśród wyznawców manipulantów nie chcą być przekonani, jednak obok nich są ludzie skłonni analizować własne decyzje czy poglądy, ale nie mam wątpliwości, że jak się im na wstępie zarzuca bałwanowatość (lub inną obraźliwą dolegliwość), odwrócą się zanim spojrzą na najrozsądniejsze argumenty.
...
...
...
 Na marginesie: Czym zawinił sympatyczny bałwan, że stał się synonimem głupoty?

środa, 6 stycznia 2021

Nad poziom morza

Bułgaria (fot. Skarlet B.I.)

Spędziłam w górach niemało czasu, ale brak mi śmiałości, żeby kiedykolwiek powiedzieć: - Z górami jestem na ty. Wzbudzają jednocześnie zachwyt i respekt. To one dyktują warunki. To one decydują kiedy i ile tajemnic odsłonią. Gardzą brawurą i zdarza się im karać niektórych za jej nadmiar.
Te najwyższe na Bałkanach rozsiadły się w Bułgarii. Paradoksalnie mało się o nich mówi i pisze. Nie raz wspominałam w swoich książkach o ich urodzie i wyrażałam żal, że pozostają w cieniu morza. Tym bardziej miły był prezent, który dostałam w grudniu. 
Pan Piotr Siwek podarował mi swoją książkę. Czytałam ją z przyjemnością. To lektura dla miłośników wędrówek nad poziom morza. Pasma: Stara Planina, Rodopy, Rila i Pirin to bohaterowie kolejnych rozdziałów, w których opisane jest ich położenie, budowa, klimat, przyroda i niektóre szlaki.
Autor mieszkał i studiował w Płowdiw. Jak sam wspomina, pomysł napisania książki narodził się w 2008 roku, podczas gdy odwiedził Bułgarię z dorastającymi synami. Obok informacji znalazły się w niej notatki z różnych okresów, z pobytu i wędrówek po górskich ścieżkach w kraju Orfeusza.
 
Płowdiw (fot. Skarlet B.I.)

Zapraszam Państwa na krótką wyprawę z Panem Piotrem.
 

Bułgaria nad poziom morza

22.05.12 r. Pobudka po rozhuśtanej nocy (lekkie trzęsienie ziemi) jest trudna, ale ruszamy razem z Wili, Nikołajem i Rozą z płowdiwskiego dworca do Septemwri bez opóźnienia i po niecałej godzinie przesiadamy się na kolej wąskotorową, która wiezie nas do Dobriniszte. (...) Im bliżej wysokich gór młoda, soczysta zieleń zmienia się w nieśmiało rozwinięte pąki krzewów i brązowe odcienie łąk po niedawnej zimie.  Z Razłogu widać już wyraźnie ośnieżone szczyty Pirynu i charakterystyczny ścięty Wihren. Przez kilkanaście minut jedziemy z tym widokiem w oknach nie mogąc się od niego oderwać.
 

18.08.08 r. Poniedziałek miał dopiero pokazać na co nas naprawdę stać z tymi wypchanymi po brzegi plecakami. (...)
 
Atak szczytowy po dwóch godzinach ostrego podejścia kończy się zatknięciem polskiej chorągiewki na wysokości 2926,5 m n.p.m. Zapamiętany obraz zimowego wejścia na ten szczyt w 1982 r. w niczym nie przypomina obecnego dnia. Zjedzenie posiłku i rozmowa z pracownikiem stacji meteorologicznej wypełniają nasz krótki czas pobytu na tej bałkańskiej "górze gór".
Droga ze szczytu dłuży się. W przerwach fotografujemy i zachwycamy się majestatem Riły. Tu na górze uderzająca jest wszechobecna cisza. Na wysokości powyżej 2500 m odczuwalne jest też zimno, które potęguje wiejący wiatr. Jednak to stamtąd są najlepsze widoki na rozległe doliny, a w nich błyszczące, błękitne jeziora otoczone łańcuchami gór aż po horyzont.

 
03.08.10 r. (...) tego dnia trzeba z 1950 m wejść o 1000 m wyżej. Podwójny szczyt Maliowica wita nas rozległym trawiastym płaskowyżem. Wielu ludzi tu biesiaduje, śpiewa przy gitarze. Są cudzoziemcy, grupa Francuzów spotkana wcześniej już schodzi z powrotem, jakiś Hiszpan zbiega w dół jak kozica. Robimy kilka zdjęć z bułgarskimi turystami, włączam kamerę na kilka minut, gdy Michał bierze do rąk gitarę. Płyną polskie i angielskie melodie śpiewane u nas przy ogniskach. Jest przyjemnie i przyjaźnie, ale już nadciągają chmury i mgła. Odchodzimy w kierunku Predela czerwonym szlakiem. Dogania mnie i zagaduje młoda Francuzka. Chwali Bułgarów za gościnność, otwartość. (...)
Pod nami z jednej strony mały lodowiec, a pod nim Urdinite Ezera  oraz Maliowica.
 
Bułgaria - Rodopy

24.10.13 r. Znowu jestem u siebie, w tym samym akademiku Czajka 3, pokój 318. Jest piękna płowdiwska jesień. Wyciągam się do słońca na krześle koło uczelnianego barku. Obserwuję bułgarskich studentów, rozmawiają głośno o wszystkim tylko nie o studiach i nauce, wielu z nich pali papierosy. Zasłuchany i zapatrzony z opóźnieniem zauważam, że siedzę pod mimozą, a obok kwitną celozje, kany i aksamitki pokaźnych rozmiarów. Na miejscu dawnych klombów róż parkowych rosną teraz młode katalpy. Stąd już kilkadziesiąt metrów do budynku Wydziału Ogrodnictwa i Uprawy Winorośli. (...)
Kolekcja roślin zielarskich powstałych na miejscu tuneli foliowych z czasów mojego doktoratu jest szczątkowa. Straszą zarośnięte chwastami poletka wspaniałych, bułgarskich roślin leczniczych. (...) Chce mi się wyć. Dzikie krzyki w akademiku do późnej nocy dopełniają czary goryczy.
 
Melnik z "piramidami" w tle (fot. Skarlet B.I.)

30.08.11 r. (Melnik) O zmroku, kiedy blask płonących świec i śpiew cerkiewnych pieśni tworzy klimat religijnej zadumy schodzimy w kierunku centrum miasta. Z daleka słychać już dźwięki muzyki ludowej z charakterystycznym rytmem, nadawanym przez bęben. Siadamy pod wiekowym platanem i patrzymy, jak zaczyna się rozwijać horo. Zaczynają go dzieci, w kilkuminutowych odstępach dołączają dziewczęta, następnie kobiety i na końcu mężczyźni. Michał patrzy, obserwuje... Po pół godzinie jest już wśród tańczących, drugi za prowadzącą taniec kobietą. Patrzę z rosnącą dumą jak sobie dobrze radzi z krokiem i zwiększającym się stopniowo tempem tańca. Idziemy do siebie koło północy, trochę chwiejnym krokiem, a muzyka jeszcze długo dochodzi przez otwarte okna.
 
08.09.11 r. Po pół godzinie marszu po rozgrzanym asfalcie i machaniu na nieliczne przejeżdżające samochody zatrzymuje się młoda para z Pazardżik. Ze studiów znam ich rodziców. W Bułgarii to nic dziwnego, wszyscy się tam znają.

Bułgaria (fot. Piotr Siwek)
...
...
...
Mam nadzieję, że te króciutkie fragmenty zachęcą niektórych, żeby zapoznać się z całością. O książce "Bułgaria nad poziom morza" zdecydowałam się napisać między innymi z powodu osoby Autora. Pan Piotr nie jest turystą, który przejechał Bułgarię z objazdową wycieczką. Podkreślam to, bo uważam, że pewnych cech miejscowego klimatu (głównie dlatego, że jest specyficzny) nie można dostrzec będąc gościem w "zamkniętym" kurorcie czy na wspomnianej wycieczce, a już na pewno nie można generalizować na wątłej podstawie. Żeby zobaczyć i zrozumieć trzeba znać język, trzeba być mieszkańcem przez jakiś czas, trzeba znać tu różnych ludzi należących do różnych grup społecznych i odbyć z nimi wiele rozmów, trzeba poczuć horo.
W zapiskach Pana Piotra pojawiają się jakieś elementy tutejszej atmosfery. Wprawdzie książka jest o górskich szlakach, ale są w niej opisane i spotkania z mieszkającymi tu ludźmi, lubiącymi sobie na co dzień ponarzekać z zapałem i z takim samym zapałem tańczącymi na ulicach, hołubiącymi tradycje, wcale w niemałym stopniu przepełnionymi patriotyzmem lokalnym.
Polecam tę książkę wszystkim, którzy chcieliby poznać Bułgarię - tę nad poziomem morza - i mają ochotę powędrować po urokliwych, zróżnicowanych górach. W treści jest wiele zdjęć i praktyczne porady (między innymi dla średniozaawansowanych turystów) o tym jak planować trasę i jej długość, jak ciężar plecaka przekłada się na pokonywany dystans czy o czym pamiętać wybierając się na szlak.
 
 
Autor dysponuje egzemplarzami autorskimi z 20% rabatem.

wtorek, 5 stycznia 2021

Lecząca trucizna

W ostatnim tekście, który tu napisałamO sile ducha i braku piątej klepki dodałam zupełnie z nim niezwiązane obrazy roślin leczniczych z księgi ziół, z 1900 roku. Zielona Pirania zwróciła uwagę na znajdujący się na jednym z nich sporysz na życie, który jest bardzo silną trucizną. Dziś występuje rzadziej, bo w końcu wypowiedziano mu wojnę. W księgach ziół są dla niego dwa miejsca: wśród roślin zabijających, i wśród roślin leczących.
 
Pod maliną: 29. Sporysz na życie

Szczególnie w wilgotne lata pojawiał się na miejscu ziarna jako czarno-fioletowy wyrostek, wystający na zewnątrz. Tak go opisywano w roku 1900. ↓
 
 
O silnych właściwościach trujących tego grzyba wiedziano od dawien dawna. Sporysz był powszechną klęską, to jest rzeczą wszystkim dobrze znaną - odnotowano w połowie XIX wieku. Jak przyszedł rok wilgotny, a zboże było raczej fioletowe, niż żółte, to spożywanie takich ilości trucizny (obecnych w mące) powodowało chorobę nieledwo powszechną społeczeństwa. Średniowieczni kronikarze wyliczają takie lata ignis sacer, ignis plaga, czy jak go tam jeszcze nazywano. W Europie na większej przestrzeni wystąpiła ona po raz ostatni w r. 1771 w Westfalii, Hanowerze i Lauenburgu, gdzie w niektórych miejscowościach ze 120 osób zaledwie 5 utrzymało się przy życiu. Dziś zdarzają się chyba tylko pojedyncze, odosobnione wypadki.
Znaleziono sposoby na oddzielanie fioletowego zabójcy od zdrowych ziaren, nie przestano go jednak stosować do leczenia. Sporysz bywa od tysięcy lat najpierw przez Chińczyków, używany w medycynie - pisano w 1886 roku. W odpowiednich dawkach powoduje już to kurcze, już powstrzymywanie krwotoków; to tak różne działanie zależy od pory, w której sporysz został z kłosów zebrany. Odmłynkowanego sporyszu nie należy wyrzucać. Najmądrzej go sprzedać. Bo do użytku leczniczego wchodzi dziś sporysz przeważnie z południowej Rosyi, w małej ilości dostarcza go Galicya, ale aż Hiszpańska! czy Kalkuta. A że go sporo się zużywa, dowodem, że na przykład w roku 1879 wprowadzono go do północnej Ameryki Zjednoczonych Stanów, gdzie nie rośnie dotąd, przeszło 75000 funtów.
 
Sporysz - zastosowanie w medycynie (z księgi ziół 1900 r.)
 
W okresie międzywojennym punkty skupu sporyszu kusiły rolników cenami informując, że "odpowiednio przerobiony daje nieocenione usługi w lecznictwie".

Ogłoszenie z 1936 roku
 ↓

 

niedziela, 3 stycznia 2021

O sile ducha i braku piątej klepki

 
Wpadło mi w ręce dziełko z końca XIX wieku, w którym zebrano opinie różnych francuskich medyków m.in. o odzwyczajaniu się, przyzwyczajaniu się, nabieraniu energii i treningu silnej woli. Na takie treningi każdy moment jest odpowiedni (wiele prawdy jest w powiedzeniu "gdy duch chce, ciało musi"), ale wydaje mi się, że w składanie sobie obietnic obfituje okres noworoczny. Z dotrzymywaniem słowa bywa różnie, ale to potwierdza, że praca nad sobą nie jest łatwa.
Nic nie powinno się dziać za wszelką cenę. Nie traci aktualności pogląd, a raczej przestroga:
Trzeba się starać o odzwyczajenie się od swoich dziwactw i ekscentryczności, ale jednocześnie należy wystrzegać się nazbyt gwałtownych walk i zapasów ze sobą samym! 
 
Przy okazji prześledziłam dziewiętnastowieczne rady, na pewno z niektórymi można by dyskutować... 
  • Nigdy nie trać z oka samego siebie, i nigdy z samym sobą nie postępuj w sposób gminny i pospolity!
  • Nigdy nikogo nie naśladuj! (dodałabym tu ślepo nie naśladuj, żeby nie było jak z żabą... dobre wzorce zawsze warto czerpać)

  • Umiej się odciąć w danym wypadku!
  • Nie bądź nierównym!
  • Decyduj się szybko i stanowczo! (co do decydowania się szybko - mam wątpliwości, festina lente bardziej do mnie przemawia)
  • Hamuj się w dowcipkowaniu!
  • Bądź umiarkowanie jowialnym i wesołym!
  • Nie igraj z własnym szczęściem!
  • Nie okazuj zadowolenia z samego siebie!
  • Bądź bez afektacji; im więcej masz talentów, tym mniej chwal się nimi!
  • Nie ten jest głupi, kto popełni głupstwo, lecz ten, kto nie umie unikać go na przyszłość!
  • Nigdy się nie skarż!
  • Licz zawsze sam na siebie, nigdy zaś na otoczenie!
  • Chociaż jesteś dobrym, zdobądź się w danej chwili i na pewien stopień złości, ażeby cię nie brano za niedołęgę! (okazuje się, że od dawien dawna różnie bywało z odbiorem dobroci czy ugodowości, z naiwnością i niedołęstwem mylą je cwaniacy i aroganci, a na takich nie warto tracić czasu, myślę, że trzeba ich usuwać z najbliższego otoczenia)
  • Uważaj na siebie, gdy mówisz, a zwłaszcza gdy przemawiasz do kogo!
  • W mowie i w postępkach miej zawsze w sobie coś imponującego!
 
W króciutkim dziełku wymieniono też kilka chorób i w tym fragmencie trafiłam na takie zdanie:
Jak często słyszymy, że temu a temu brak piątej klepki i że kwalifikuje się do domu zdrowia, bo z każdym się kłóci, chciałby o wszystkim lepiej wiedzieć, chciałby kraj i świat cały poprawić, każdego człowieka przeistoczyć. Z pomiędzy całej masy tego rodzaju chorych uwydatnia się nade wszystko kilka grup, mianowicie: anomalie wrażliwości, brak pomiarkowania, nieprzystojne śrubowanie własnego Ja z niepowściągliwym uporem, przewrotność.
I tu się na chwilkę zatrzymałam... Zabrakło mi wyobraźni. Ile miejsc musiałoby być w "domach zdrowia", żeby czteroklepkowcom zapewnić leczenie?
Na szczęście dla tych mądrali, nikomu nie udało się wymyślić sposobu na wszczepienie piątej klepki. Chodzą więc sobie po tym świecie, jakby nigdy nic, a nawet zajmują ważne stanowiska i z chorobliwym uporem modelują innych według własnego widzimisię. 
Ktoś kiedyś powiedział, że:
Ten tylko może rządzić innymi, kto umie według odwiecznych zasad rozsądku panować nad sobą samym.
To oczywiście prawda. Szkoda tylko, że nikt nie sprawdza stanu psychicznego decydentów.
 
P.S.
W tekście są obrazy z księgi ziół z 1900 roku.